Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw. - recenzja
Do drugiego tomu "Gamedeca" autorstwa Marcina Przybyłka podchodziłem zarówno z sympatią, jak i z lekkim niepokojem. W mojej głowie kłębiły się różne myśli - "Czy opowiadania znowu pozostawią po sobie lekki niedosyt? Czy autor utrzymał swoją formę? ". Nie byłem co do tego do końca przekonany, jednak zostałem bardzo mile zaskoczony. Przybyłek nie dość, że rozwinął swój kunszt pisarski i dał nam kawał dobrej powieści napisanej w podobnym stylu, co poprzednia część przygód o Torkilu, to jeszcze udowodnił, że ma czytelnikowi do zaoferowania wiele świeżych pomysłów. A to się bardzo ceni.
Podobnie jak w "Granicy rzeczywistości", tak i w "Sprzedawcach lokomotyw" akcja dzieje się w Warsaw City. Tym razem Przybyłek od razu rzuca Aymore'a na głęboką wodę i funduje czytelnikowi niesamowite emocje. Psychopatyczny haker przekracza wszelkie granice, które obowiązują w grze, dzięki czemu przykuwa do siebie uwagę gamedecka. I to w sposób na tyle skuteczny, że Torkil nadaje tej sprawie osobisty status. Brzmi poważnie, prawda? Tak też jest - świadczy o tym choćby fakt, iż główny bohater powieści łamie swoje dotychczasowe zasady i przyjmuje pomoc jednej z konkurencyjnych firm. A więc - zabawę czas zacząć...
Akcja od samego początku książki nabiera niespodziewanego tempa. Fabuła zmienia się z każdą sekundą, z którą zagłębiamy się w lekturze. Czasami tak szybko, że czytelnik może łatwo się zagubić... Sytuacja jednak momentalnie się stabilizuje i po kilkunastu stronach ciężko jest nam się oderwać od gierczanego detektywa oraz od zagadek w zagadkach zagadek. Brzmi troszkę bez sensu? Możliwe, ale dzięki takiemu zabiegowi fabuła nie staje się przewidywalna i z napięciem przerzucamy kolejne strony "Sprzedawców lokomotyw", byleby dowiedzieć się, co dalej.
Widać, że Przybyłek uczy się na błędach i stara się ich unikać w swoich kolejnych dziełach, jednocześnie pozostawiając w książkach to, co wcześniej urzekło czytelnika. Przypominacie sobie jak wyglądał świat w pierwszej części "Gamedeca"? Miły, aż do znudzenia. A więc teraz Warsaw City jest mroczne, porównywalne do rzeczywistości - to, co jest na pokaz, świeci czystością, ale miejsca, do których wzrok nie sięga, to istne slumsy. Jednakże, wbrew pozorom, w powieści nadal jest mnóstwo humoru - cynizm i sarkazm Torkila zwala z nóg, a jego komentarze to klasa sama w sobie. Chciałoby się rzec - bohater idealny. Owszem, gdyby pominąć fakt, że bez zająknięcia akceptuje narzucane sobie zdania, na które nie ma większego wpływu.
Na dobrą sprawę, poza wymienionymi wyżej wadami, nie ma się czego doczepić. Jest jednak sporo rzeczy, za które należy pochwalić autora! Na szczególne uznanie zasługują wtrącenia w postaci reklam i newsów medialnych promujących świat wykreowany w "Gamedecu". Pomysł bardzo dobry - Torkil może porównać wydarzenia z własnego punktu widzenia z tym, co przedstawiają dziennikarze. Również do zalet wlicza się umieszczenie na końcu książki „Słownika neologizmów i trudnych terminów”, dzięki któremu osoby nie mające na co dzień styczności ze światem wirtualnym styczności nie będą musiały przeczesywać Internetu w poszukiwaniu definicji trudniejszych wyrazów (występujących w grach).
Wydawałoby się, że książki pisane przez Przybyłka kierowane są głównie do osób, które lubią na co dzień przebywać w świecie wirtualnym. Nic bardziej mylnego! Autor posługuje się bardzo prostym językiem, płynnie zmienia wątki w fabule (z czym miał małe problemy w pierwszej części przygód Aymore'a), patrzy na świat z przymrużeniem oka oraz funduje czytelnikom kawał dobrej lektury! Mamy do czynienia z jedną ciekawą zagadką, dobrze wykreowanymi bohaterami i interesującą fabułą. Wszystko zostało przedstawione o wiele lepiej, niż w "Granicy rzeczywistości", co dobrze rokuje na przyszłość. Jeśli Przybyłek dalej będzie się uczył na własnych błędach oraz rozwijał w takim tempie, jak dotychczas, to już wkrótce może być o nim bardzo głośno. Po przeczytaniu "Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw" nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
- Zaloguj się albo zarejestruj aby komentować




