Gamedec. Granica rzeczywistości. - recenzja
Gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna świat wirtualny?
Na wstępie przyznam się, że do "Gamedec. Granica rzeczywistości" Marcina Przybyłka podchodziłem z pewnym dystansem. Zadałem sobie proste pytanie - czy w dzisiejszych czasach czytelników można zaciekawić tematyką świata wirtualnego, skoro większość z nas ma z tym styczność na co dzień przy monitorach komputerów? Po co pisać na tematy powszechnie znane, które wałkujemy każdej nocy w grach komputerowych? Z tych powodów książkę wziąłem do ręki z pewną ostrożnością, przeczytałem pierwsze opowiadanie i... utonąłem w uniwersum wykreowanym przez Przybyłka!
Kończy się właśnie XXII wiek - czas nowoczesnych technologii. Większość ludzi nadal żyje tak, jak dawniej - w realium (słówko stworzone przez autora), ale z każdym kolejnym dniem przybywa osób wciągniętych przez wirtualny świat. A wiadomo, że w każdym miejscu można popełnić jakieś przestępstwo, nawet w tym nierzeczywistym. Z tego powodu wykreował się nowy zawód - gamedec, bądź też game detective. Jednym z jego przedstawicieli jest Torkil Aymore - główny bohater "Granicy rzeczywistości".
Niektórzy z Was pewnie zadadzą sobie pytanie: "Ok, mamy gamedeca, ale do czego on nam jest potrzebny? Wszakże od rozwiązywania wszelkiej maści błędów są twórcy gier!". No właśnie... Co, jeśli nawet oni nie potrafią sobie poradzić z niespójnościami we własnych dziełach? A tychże niedociągnięć, wbrew pozorom, jest wiele. I tak Torkil pomaga dorwać hackera, który wprowadził własną bestię do gry, rozgryza powód, dla którego wszyscy testerzy ze sobą nie rozmawiają, czy też namierza w świecie rzeczywistym dziewczynę, w której jego zleceniodawca się zakochał - rzecz jasna w świecie wirtualnym.
Przybyłek zawarł w książce dwanaście opowiadań. Każde kolejne nawiązuję jednak do poprzedniego, dzięki czemu odbiorca ma wrażenie, jakby czytał powieść, a nie odrębne historie. Także zagłębiając się w lekturze czytelnik poznaje coraz to nowsze szczegóły świata stworzonego przez autora. Oczywiście, zdarzają się opowieści, w których nie ma praktycznie żadnego istotnego wątku detektywistycznego - choćby "Małpia pułapka", jednak poruszają one ważne tematy życiowe, które są napisane w taki sposób, że po przeczytaniu tych historii, odkładałem na chwilę książkę, aby móc w spokoju sobie wszystko przemyśleć.
I przy tym temacie chciałbym się na chwilę zatrzymać, bowiem Marcin Przybyłek nie tylko serwuje nam kawał niezłych opowiadań, ale także opisuje w nich problemy, które dotykają ludzkości. Odpowiedzcie mi na pytanie - jak byście się zachowali, gdyby bliska Wam osoba przetrwała wypadek samochodowy, ale jej życie polegałoby tylko na byciu podłączonym do aparatury i wegetowaniu? Odłączylibyście ją, żeby skrócić jej cierpienia? A może walczylibyście o to, aby móc kiedyś z nią znowu porozmawiać, dać namiastkę szczęścia? W końcu technologia się rozwija, nieprawdaż?
Wracając do "Gamedec. Granica rzeczywistości" - nie jest to książka idealna, a przynajmniej ja mam kilka rzeczy, których muszę się uczepić. Po pierwsze - w niektórych opowiadaniach irytowały mnie przeskoki w fabule. Tak, wiem, że były zaznaczone, ale brakowało mi czegoś między nimi. Czułem lekki niedosyt, tak, jakby ktoś mi zabrał kilka ważnych dla akcji linijek. Po drugie - momentami był taki napływ nowych imion i nazw, że można się było pomieszać. Osoby nie będące uzależnione od świata wirtualnego usprawiedliwiam, ale nawet u mnie - maniaka gier komputerowych! - zdarzała się potrzeba przeczytania tego samego zdania dwukrotnie, aby nie zaginąć w fabule. I po trzecie - niektóre historie były zdecydowanie za krótkie, przez co kończąc opowiadanie pozostawał lekki niesmak. Gdyby Przybyłek je bardziej rozwinął, to byłbym w siódmym niebie.
Pomimo pewnych niedociągnięć, "Gamedec" to kawał dobrego science-fiction. Przybyłek raczy nas bogatym słownictwem, dialogi są świetne, nie ma powtarzających się historii. Autor zasługuje na duży plus za sposób stworzenia głównej postaci - nie zrobił z niego bohatera uciśnionych dziewcząt, który potrafi niemalże wszystko. Torkil jest jak wielu z nas - boi się, przeżywa wewnętrzne rozterki, kombinuje na wszelkie możliwe sposoby, aby rozwikłać sprawę. Czasem z błyskiem w oku patrzy na pieniądze, innym razem nie zawaha się zadziałać zgodnie z własnym sumieniem. A, bo byłbym zapomniał - potrafi przyznać się do porażki! To wszystko sprawia, że nie sposób go nie polubić. Z tego powodu już teraz mogę się zadeklarować - z przyjemnością przeczytam kolejne części przygód Torkila, "gierczanego detektywa".
- Zaloguj się albo zarejestruj aby komentować




